Kategoria: Recenzje

Recenzja powieści Kateriny Tuckovej „Wypędzenie Gerty Schnirch”

Katerina Tuckova to czeska pisarka, która debiutowała w 2009 roku powieścią „Wypędzenie Gerty Schnirch”. U nas najpierw ukazała się jej druga książka „Boginie z Zitkovej”. Na jej debiutancką powieść musieliśmy czekać do 2019 roku. Młoda autorka podjęła w niej trudny temat wojny widzianej z perspektywy losów pojedynczego człowieka. Jest nim tytułowa bohaterka, Gerta Schnirch, urodzona w Brnie z ojca Niemca i matki Czeszki. To pochodzenie sprawi, że będzie musiała mierzyć się z piętnem niemieckości, której tak naprawdę w niej nie było, „mimo że ojciec bardzo się starał”. Spokojne życie wśród czeskiej i niemieckiej społeczności Brna skończy się z chwilą dojścia Hitlera do władzy. Wielu jego niemieckich mieszkańców poczuje swoją siłę, w rodzinach mieszanych dojdzie do rozłamu. Gerta będzie musiała ulec faszystowskim zapędom ojca i brata. Matka, cierpiąc w milczeniu, wkrótce umrze. Katerina Tuckova pokazuje losy tytułowej bohaterki od jej dzieciństwa do śmierci w 2000 roku. Zaczynamy śledzić jej życie od morderczego marszu w maju 1945 roku, gdy brneńscy Niemcy, głównie kobiety z dziećmi i osoby starsze, zostali wypędzeni z miasta. Szli około 50 kilometrów w kierunku granicy z Austrią; wielu nie przeżyło. Wypędzenie Niemców było odpowiedzią na przemówienie prezydenta Edwarda Benesa, który „chciał ostatecznie zlikwidować kwestię niemiecką w kraju”. Główna bohaterka ze swoją kilkumiesięczną córką trafia na wieś, gdzie musi ciężko pracować, wciąż wierząc, że wróci do rodzinnego Brna. Gdy jej się to uda po kilku latach, wciąż będzie mierzyć się z piętnem nazisty. Przyglądając się kolejnym etapom życia Gerty, zastanawiałyśmy się w naszym klubowym gronie nad tym, jak smutny był jej los. Ona sama „łudziła się, że kara wynika z winy”. Jej wina tkwiła w tym, że była pół Niemką i to już wystarczyło, by nienawidzić jej i córki Barbory, by nie traktować jej jak człowieka. Wiara w sprawiedliwość stopniowo w niej malała. Pragnienie normalnego, spokojnego życia dla siebie i córki sprowadzało się do walki o byt, szczęście zawęziło się do dwóch lat z Karlem. Nic więc dziwnego, że uczuciem dominującym podczas czytania jest smutek. Czuje się go i po lekturze, gdy przychodzi refleksja nad wojną i jej skutkami, nad tym, że i teraz, obok nas w Ukrainie, dzieją się straszne rzeczy. W powieści Tuckovej wiele jest wstrząsających scen, autorka bardzo stara się, by przybliżyć realia tamtych trudnych lat, wojennych i powojennych, przemiany społeczne i polityczne. Podaje szczegóły, dokładnie odtwarza topografię Brna, zamieszcza fragmenty przemówienia Benesa, petycję Stowarzyszenia Młodzieży do Porozumienia Wielokulturowego. Naszą uwagę zwróciły też portrety kobiet, to nie tylko Gerta, ale i współtowarzyszki jej niedoli: Teresa, Johanna, Hermina, Ula; to pięknie pokazana sylwetka babci Zipfelovej, którą bardzo ciepło wspomina Barbora, córka Gerty. Obszerna, licząca ponad czterysta stron powieść wymaga uważności, są tu retrospekcje, zmienia się narracja, wiele jest faktów i postaci historycznych. Na pewno młoda Czeszka chciała, pisze o tym na wstępie książki, „uczcić pamięć ofiar” marszu, przypomnieć niemieckich mieszkańców Brna, jej rodzinnego miasta. „Wypędzenie Gerty Schnirch” to także oskarżenie wojny, przemocy i nienawiści, podziałów między ludźmi. To zwrócenie uwagi na potrzebę refleksji nad takimi pojęciami, jak krzywda, potrzeba odwetu, sumienie, przynależność etniczna, rozliczenia, pamięć. Katerina Tuckova napisała mądrą i ważną powieść. Lektura obowiązkowa. Wiesława Kruszek Dyskusyjny Klub Książki działający przy Powiatowej Bibliotece Publicznej w Sieradzu

Recenzja powieści Sylwii Chutnik „Tyłem do kierunku jazdy”

Czytam książki Sylwii Chutnik od czasu jej świetnego debiutanckiego „Kieszonkowego atlasu kobiet”. Nie zawodzą mnie. Jej najnowsza, „Tyłem do kierunku jazdy”, spodobała się też wszystkim klubowiczkom. Podobnie jak w większości jej książek mamy tu kobiece bohaterki, z babcią Stasią i wnuczką Magdą w rolach głównych. Mężczyźni są tu zdecydowanie w tle, na drugim planie pozostaje też córka Stasi i matka Magdy – Krystyna. Miejsce akcji też jest charakterystyczne dla autorki; to Warszawa i to od lat powojennych (nawet z małym wojennym epizodem) aż do czasów współczesnych. Brawurowo i barwnie nakreślona została sylwetka warszawianki Stasi wspominającej na szpitalnym łóżku swoje życie. Słucha jej wnuczka, dziewczyna po tranzycji zrobionej zresztą dzięki wydatnej pomocy finansowej babci. To ona, w przeciwieństwie do matki, wspiera Magdę, przekazując jej na przykładzie swojego życia wiele rad. Sprowadzają się one do jednej najważniejszej zasady: „Bądź taka, jaka chcesz być. Kochaj tych, których chcesz, i w ogóle się niczym nie przejmuj”. Stasia tak postępowała, idąc przebojem przez życie, wykorzystując wszystkie możliwości; kochając i zdradzając, otwierając sklep z galanterią, komis czy robiąc biznes na plastiku. Magdzie jest zdecydowanie trudniej. Autorka pokazuje dramat transpłciowej dziewczyny, jej poszukiwanie kontaktów i bliskości, niezrozumienie u rodziców. „Nigdy nie była u siebie. Tu, w matczyźnie swej biało – czerwonej”. Często odwiedza klub „Pogłos” na Woli (przestał istnieć w październiku 2022 roku), ogląda występy drag queer, czasem ucieka w sny. Nie może porozumieć się z matką, przedstawioną w powieści jako taka typowa mieszczańska pani domu z obsesją na punkcie sprzątania i robienia przetworów oraz wizją: „Co ludzie powiedzą!” Odnajdowanie się bardziej w relacjach z babką niż z matką przypomina trochę powieści Joanny Bator, m.in. w„Piaskową Górę”, „Chmurdalię” czy „Gorzko, gorzko”. Wygląda na to, że ten przeskok pokoleniowy jest korzystny dla zacieśnienia więzi na linii babcia – wnuczka. Sylwia Chutnik, podejmując trudny temat, podeszła do niego w sposób dość zabawny. Wszystkim klubowiczkom bardzo podobał się język powieści, z nawiązaniami do tekstów piosenek („to był maj, pachniała piekarnia”), wierszy (Szymborska, Papusza) czy różnych powiedzonek. Można zaśmiewać się w głos, czytając śmiałe zwierzenia babci i obruszającą się niekiedy na tę otwartość wnuczki, ironiczne uwagi na temat „wiecznego” sprzątania czy zabawne porównania. Uwagę zwracają tytuły rozdziałów, np. „Jak uprawiać seks, i to z inną osobą?” albo „Jak umierać z rozmachem?” Lekka językowo forma powieści nie przesłania oczywiście wagi problemów poruszanych przez autorkę. Rozmawiałyśmy o tym, jak trudno, zwłaszcza w naszym społeczeństwie, żyć osobom odbiegającym od powszechnie uznawanych norm. Nawiązywałyśmy do reportażu Piotra Jaconia o osobach transpłciowych i ich bliskich. „Tyłem do kierunku jazdy” jest z pewnością ważnym głosem w dyskusji nad tolerancją i akceptacją inności. Sylwia Chutnik dedykuje ją „osobom, które nie mieszczą się w żadnej narzuconej normie”, zaznaczając, że „dzięki nim ten świat jest lepszy”. Z tym przesłaniem wszystkie się zgadzamy, polecając gorąco opowieść o babci Stasi i jej wnuczce Magdzie. Wiesława Kruszek – Dyskusyjny Klub Książki działający przy Powiatowej Bibliotece Publicznej w Sieradzu

Recenzja pt.” Musimy coś zmienić”

Książka pt. ” Musimy coś zmienić. 14 spojrzeń na pewną historię miłosną”  to opowieść  głównie o dwójce bohaterów, którzy zapoznają się w collegu, jednakże brak komunikacji między nimi i skrywana tajemnica uniemożliwiają na bliższe relację. Wszyscy pozostali bohaterowie przyjaciele, , znajomi, kierowca autobusu twierdzą, iż nie ma idealniejszej pary jak tych dwoje młodzieńców. Nie zwracają oni jednak na siebie większej uwagi, pomimo to wszyscy wokół nich twierdzą, że sa dla siebie stworzeni. Nawet o ich bliższej relacji miłosnej, są przekonani żyrafa i wielka stopa, którzy tak w rzeczywistości nie przejawiają ku nim większej sympatii, jednakże ich brak komunikacji, zainteresowania sobą zakłóca dalsze relacje. Zadanie, które wymaga opisu drugiej osoby bez używania przymiotników sprawia nie lada wyzwanie . Akcja książki adresowana jest dla nastolatków, którzy wkraczają w burzliwy świat dorosłości, nie wiedzą jak przejść przez życie, są nieświadomi pierwszej miłości, nawiązują nowe relacje w otoczeniu. Książka dość trudna, czasami zabawna, stwierdzam iż można ja polecić nastolatkom. 

Dziewczyny z Portofino

Powieść pt. „Dziewczyny z Portofino” to historia kilu kobiet, które wywodzą się z różnych odmiennych środowisk, w których pojawiają się problemy takie jak alkoholizm, przemoc domowa i brak zrozumienia. Młode, ambitne dziewczyny mają swoje plany na przyszłość, choć zdają sobie sprawę, iż na drodze do celu życie zawsze stawia wyzwania. Portofino to dzielnica Warszawy to właśnie tam wprowadzają się do bloku kobiety z różnych rodzin, a każda z nich zmaga się z trudnościami. W książce zapoznajemy wiele kobiet, które borykają się ze swoimi problemami i trudnościami rodzinnymi. W jednej z rodzin pochodzącej ze wsi, ojciec tyran psychicznie i fizycznie maltretuje matkę. Żona mężczyzny to wykształcona kobieta, ciężko zarabiająca na życie, dla której priorytetem jest bycie matką i żoną. Córka  nie może się z tym pogodzić i podpowiada matce, aby wzięła rozwód z tym człowiekiem i zaczęła żyć. Przykładna matka jednak nie zna innego schematu rodziny i pomimo bólu trwa w związku bez przyszłości. Z kolei Agnieszka, córka znanych lekarzy, ma wielkie perspektywy. Niechciana ciąża sprawia, iż decyduje się ona na ryzykowny krok i usuwa ciążę. Inna kobieta jest krytykowana przez rodziców i pomimo, że rodzice są bogaci wyjeżdża do Niemiec realizować swoje marzenia. Żona lekarza wpada w depresję poporodową, decyduje się na przerwanie studiów. Bohaterki same muszą zadbać o swoje losy, rodzice mało interesują się nimi. Jedna z bohaterek wyjeżdża do Niemiec, aby tam zarobić pieniądze na lepszą przyszłość. Jej losy nie należą do lekkich, ponieważ pracuje jako prostytutka. Wracając po kilku latach do ojczyzny kupuje mieszkanie obok swojej matki, która  w tak ważnym momencie jej życia odwraca się. Wszystkie trudności i perypetie rodzinne jak w życiu układają się. Książka to retrospekcja, wydarzenia i miejsca są zawsze w pamięci bohaterów. Pomimo wszystkich przykrych doświadczeń, przyjaźń między kobietami przetrwała.

Recenzja książki Marii Konwickiej „Byli sobie raz”

Maria Konwicka napisała interesującą opowieść o swojej rodzinie. Przez trzy lata porządkowała mieszkanie rodziców, głównie ojca, bo ten po śmierci żony żył w nim samotnie przez prawie szesnaście lat. Znalazła liczne zdjęcia, pamiątki rodzinne, listy, kartki z zapiskami i szereg rzeczy, które z pewnością przyczyniły się do ożywienia wspomnień z przeszłości. Dla czytelnika książka jest okazją do poznania rodziny Marii po mieczu i po kądzieli. Tu wszystkie klubowiczki zgodnie przyznały, że miały możność przyjrzenia się artystycznej rodzinie Leniców, z której wywodziła się żona Tadeusza Konwickiego, Danuta, znana ilustratorka książek dla dzieci czy ilustracji do „Świerszczyka”. Na uwagę zasługują tu zarówno jej ojciec, malarz Alfred Lenica czy brat, Jan, artysta plastyk pewnie bardziej znany za granicą. Dowiedziałyśmy się, że rodzina Tadeusza Konwickiego była zupełnie inna, rygorystyczna i religijna, a „czytanie książek w domu Blinstrubów uważano za rozpustę”. I tak Maria Konwicka snuje swoją barwną opowieść o Lenicach, Konwickich, Blinstrubach, Kubowiczach i wielu, wielu innych. Opowiada o rodzinnych pobytach na wakacjach w Chałupach, o przyjaźni z Holoubkami, Łapickimi, Dziewońskimi, o słynnym stoliku w kawiarni „Czytelnika”. W podzielonej na cztery części (bez tytułów) książce autorka płynnie przechodzi z tematu na temat. To taki trochę natłok myślowy, w sumie ładnie oddany. Córka Konwickich spędziła prawie trzydzieści lat w Ameryce, więc poświęca i temu sporo miejsca. Dzieli się swoimi doświadczeniami, opowiada o znanych rodakach, których tam spotkała, m.in. Elżbiecie Czyżewskiej, Jerzym Kosińskim, Leopoldzie Tyrmandzie. Spogląda na swoje życie, dokonania, pisze dużo o mistycyzmie, ezoteryce, wróżbach, hipnozie, astrologii, bo to tematy żywo ją interesujące. Wierzy też, że mają czasem istotny wpływ na jej losy. Pewnymi „nadprzyrodzonymi” właściwościami był ponoć obdarzony słynny kot Konwickich, Iwan, ofiarowany rodzinie przez Marię Iwaszkiewicz. Jest bohaterem wielu anegdot, widzimy go na zdjęciach, jest na okładce książki. Liczne zdjęcia są zresztą wielką zaletą książki. Oglądamy Konwickich w Paryżu, w Ameryce, Kanadzie. Patrzymy na przedwcześnie zmarłą młodszą córkę Konwickich, Annę. Czytamy zabawne i wzruszające zapiski na kartkach, fragmenty z „Kalendarza i klepsydry”, „Nowego Światu i okolic” czy cyklu „Ameryka, Ameryka”. Choć naszym, klubowiczek, zdaniem Maria nie odziedziczyła talentu pisarskiego po ojcu, to dzięki jej książce mamy okazję odbyć niezwykle udane spotkanie z rodziną autora „Zorzy polarnych”, „Kompleksu polskiego”, „Bohinia” i innych pięknych powieści. Zachęcamy do lektury „Byli sobie raz”.

Złoty sen Grażyna Jeromin- Gałuszka

„Złoty sen” to powieść wielowątkowa – to historia losów kilku kobiet znajdujących się w starej willi. W hotelu wypoczywa wiele kuracjuszek, które każdego lata przyjeżdżają w to samo miejsce. Właścicielka madame Lili staruszka jest osobą, która w dziwny sposób skupia u siebie wiele kobiet. Każda z nich jest inna – mają swoje wady i zalety, inne problemy i swoje życie. Ada i Madame Lili jako małe dziewczynki zaprzyjaźniają się ze sobą, wspierają się, są nierozłączne, obydwie darzą jednego z mężczyzn dużym zainteresowaniem i miłością.  Czarujący Wiktor jednak okazuje się niezłym draniem. Monotonię i jednostajność dnia codziennego zakłóca przyjazd Ady, która po dwudziestu latach wraca. Kobieta zostawiając syna musi wrócić, aby wyjaśnić sprawę, która nie daje jej spokoju. W trakcie przebywania w willi nagrywa na magnetofon ważny komunikat, który chce przekazać przyjaciółce. Kobieta wyjaśnia w nim sytuację, która zmusiła ją do ślubu z Wiktorem. Porusza temat, iż życie z tym człowiekiem nie było piękne. W nagraniu wyjaśnia prawdę dlaczego wzięła ślub. Następnie, Ada ginie w niewyjaśnionych okolicznościach.  Fabuła powieści to wspomnienia, które snują kobiety w przełomowych momentach swojego życia. Książka pt. „ Złoty sen” to historia, która po latach wyjaśnia prawdę, przez którą dwie kobiety, które były nierozłączne, gubią wspólny język i stają się sobie obcymi ludźmi.

Recenzja książki Beaty Biały „Słońca bez końca. Biografia Kory”

Nie jest łatwo napisać ciekawą biografię. Z pewnością trzeba dotrzeć do wielu źródeł, do tego, co już wcześniej na temat danej osoby napisano, odbyć rozmowy z tymi, którzy ją znali. Potem konieczne jest uporządkowanie materiału i nadanie mu interesującej formy. Na spotkaniach DKK miałyśmy okazję rozmawiać o biografiach, które bardzo się nam podobały. Wspomnieć tu można chociażby książkę o Komedzie Magdaleny Grzebałkowskiej czy o Simonie Kossak Anny Kamińskiej. „Słońca bez końca” – to słowa, którymi, jak pisze we wstępie Beata Biały, „Kora zazwyczaj pozdrawiała, a które otulały ciepłem i czułością”. Taki jest tytuł książki mającej być biografią artystki, czy jednak spełnia to zadanie? Tytuł zgodnie pochwaliłyśmy, początkowe rozdziały też czytało się dobrze. Przybliżają trudne dzieciństwo Kory, wtedy jeszcze Olgi Ostrowskiej, i lata jej młodości. Stopniowo autorka dodaje coraz więcej wywiadów z osobami znającymi piosenkarkę – mniej lub bardziej. Padają podobne pytania, odpowiedzi też w sumie zaczynają się powielać. Głos zabierają m.in. syn Mateusz, liczni przyjaciele, fani, fryzjer, styliści, muzycy. Długo by wymieniać całą plejadę osób, których wspominki, anegdoty, jakieś niespecjalnie śmieszne żarciki zdominowały książkę. Czytanie staje się coraz bardziej męczące, liczne powtórzenia są po prostu nużące. Gdy dochodzi jeszcze drążenie tematu choroby i śmierci, ma się ochotę powiedzieć: „Dość”! Są pewne granice, których nie powinno się przekraczać. Po co tutaj opiekunka medyczna, która zdradza ostatnie słowa Kory, opowiada z detalami o jej odchodzeniu. Olga Jackowska pisała piękne, poetyckie teksty i to one mówią wiele o niej. Owszem, Beata Biały zamieszcza ich fragmenty, dość luźno jednak wiążąc je z następującymi po nich rozdziałami. Zamieszczone na końcu książki dwa portrety, filozoficzny i astrologiczny, nie są zbyt interesujące, próbują ująć „naukowo” to, co w sumie wcześniej zostało już napisane. Całość robi wrażenie mało spójnego przekazu, dodawania kolejnych rozdziałów chyba po to, by książka zyskała na objętości, np. rozdział „marihuana”. Tytuły rozdziałów są pisane małą literą, co dla mnie jest dość denerwujące. Kora była z pewnością osobą charyzmatyczną, poetką, wokalistką, która porywała tłumy na swoich koncertach. Beacie Biały nie bardzo udało się taką właśnie artystkę pokazać. W naszym klubowym gronie stwierdziłyśmy, że poprzez drążenie, dociekanie, koncentrowanie się czasem na mało istotnych szczegółach odzierała Korę z jej magii i magnetyzmu. Dobrze chociaż, że w książce znalazło się wiele zdjęć z różnych etapów jej życia. Warto je obejrzeć, włączyć piosenki Kory i Maanamu, wsłuchać się w teksty, w proste słowa o miłości, życiu, przyrodzie. „Po prostu bądź”, „Krakowski spleen”, „Jestem kobietą” i wiele, wiele innych pięknych i wciąż aktualnych tekstów, do tego wspaniała muzyka Marka Jackowskiego. Wiesława Kruszek – Dyskusyjny Klub Książki działający przy Powiatowej Bibliotece Publicznej w Sieradzu

Recenzja powieści Jakuba Małeckiego „Święto ognia”

Święto ognia” to historia rodziny Łabendowiczów opowiedziana z perspektywy trojga jej członków: 21-letniej Anastazji, dziewczyny z porażeniem mózgowym, jej 30-letniej siostry Łucji i ich ojca. O matce początkowo niewiele wiadomo, spowija ją tajemnica, ale stopniowo jej nieobecność będzie wyjaśniana. Najważniejsza w powieści zdaje się być Nastka, która, jak to sama określa, „bardzo potrafi patrzeć”. Porusza się na wózku, nie mówi, właściwie rozumie ją tylko Łucja. Chciałoby się pochwalić autora, że taką właśnie niepełnosprawną osobę uczynił bohaterką książki. Piszę w trybie przypuszczającym, bo kilku klubowiczkom, w tym i mnie, bardzo nie spodobał się sposób jej pokazania. Małecki zinfantylizował tę dziewczynę, przedstawił ją w zasadzie jako dziecko, które, by rozśmieszyć tatę, wypluwa rzodkiewkę, o rehabilitacji mówi fikumiku, cieszy się na wizytę dziadków, bo „będzie granie łyżkami na garnkach i rzucanie czymś w babcię”! Jest tu też pewna niekonsekwencja, bo jednocześnie Anastazja zdała maturę, co jest dość zastanawiające przy jej ograniczeniach. Jakub Małecki, dla mnie, podobnie jak i w innych swoich powieściach (czytałam w sumie sześć), dość ogólnikowo kreśli sylwetki bohaterów, powierzchownie analizuje motywy ich zachowania, czasem niejasne, niezrozumiałe, mało odpowiedzialne – ojciec zostawia córkę samą w nocy, mimo iż boi się, że wypadnie z łóżka lub zakrztusi się śliną. Łucja, która ma szansę zatańczyć wreszcie w balecie główną rolę, ukrywa kontuzję, łykając bardzo duże ilości środków przeciwbólowych, co nie może dobrze się skończyć. Weźmy do tego jeszcze dziadka, który, by zabawić wnuczkę, „rzucał w przejeżdżające auta woreczkami z wodą” i to z kładki nad ulicą!! Moim zdaniem, podzielało je też kilka klubowiczek, autor naszkicował pewną historię, nie rozwijając jej zanadto, „poupychał” trochę opowieści w skromne ramy książki (ma 253 stron, ale gdyby zapełnić puste miejsca, byłoby znacznie mniej). Nie pokazał prozy życia z osobą niepełnosprawną, jakoś tak wszystko się tam układa prawie bezproblemowo. Przyznaję jednak, że taki jest pogląd tylko części osób. W naszym gronie znalazło się kilka klubowiczek na czele z moderatorką, panią Anią, które nie zgadzały się z krytycznymi opiniami. Zobaczyły w „Święcie ognia” wzruszającą historię o marzeniach niepełnosprawnej dziewczyny, wrażliwej na otoczenie, dostrzegającej więcej niż inni. Podkreślały optymizm bohaterki, to jej widzenie np. dnia ze spacerem jako „wielkiego”, jej wizję życia, w którym „będzie fajnie, a może nawet ekstra”. Łucja z kolei to dla nich dziewczyna dążąca z wielką konsekwencją do wyznaczonego sobie celu. Tak dyskutując o książce, ścierałyśmy się w swoich ocenach, jednak wszystko w „atmosferze wzajemnego zrozumienia”. Na pewno była też okazja, by poruszyć istotne kwestie związane z postrzeganiem osób niepełnosprawnych w naszym społeczeństwie czy funkcjonowaniem klas integracyjnych. Jakub Małecki jest autorem ponad trzydziestu książek, cieszy się dużą popularnością, zdobywa nagrody. Niektórym jego proza bardzo się podoba, innym niekoniecznie. Pozostaje mi zacytować łacińską sentencję: „De gustibus non disputandum est”. Wiesława Kruszek – Dyskusyjny Klub Książki działający przy Powiatowej Bibliotece Publicznej w Sieradzu

Recenzja powieści Agaty Romaniuk „Proste równoległe”

„Proste równoległe” to powieść o wybitnej skrzypaczce Wandzie Krajewskiej i jej uczennicy Marcie Rychter. Autorka przybliża nam ich losy, wybierając poszczególne daty – miesiące i lata. Zaczynamy od marca 1993 roku, wędrówka czytelnika nie jest jednak zgodna z chronologią zdarzeń. Gdyby uporządkować daty, mielibyśmy zakres czasowy od marca 1953 roku do stycznia 2002 roku. Te „skoki czasowe” nie przeszkadzają w czytaniu, może wymagają tylko bardziej uważnego śledzenia toku akcji powieści, która wszystkim klubowiczkom bardzo się podobała. Chwalono osadzenie zdarzeń w istotnych dla historii naszego kraju momentach, mających istotny wpływ na życie bohaterek. W przypadku Wandy Krajewskiej to m.in. śmierć Stalina, wydarzenia marca 1968 roku, stan wojenny. Z kolei życie Marty wyznaczają zmiany dokonujące się po 1989 roku. Podkreślano pięknie zaznaczoną obecność muzyki w książce. Autorka prawie na każdej stronie daje okazję „słuchania” utworów Wieniawskiego, Chopina, Sibeliusa, Czajkowskiego, wprowadza w niuanse różnych wykonań tego samego utworu. Pisze też o prowadzeniu smyczka, o żmudnych ćwiczeniach gam i pasaży na skrzypcach. Okazuje się to bardzo ciekawe, nawet dla laików, na pewno nie nudzi. Sporo uwagi poświęciłyśmy też w naszej dyskusji sprawom związanym z życiem prywatnym Wandy i Marty. Obie są bardzo utalentowane, ale muzyka wymaga od nich wyłączności. Sprawy osobiste, rodzinne, kwestie uczuć muszą odejść na dalszy plan. Czy bohaterki podporządkują się takim wymogom? Czy Marta, zafascynowana swoją nauczycielką, zdecyduje się iść jej śladami, czy może spróbuje przeciwstawić się jej, poszukując własnej drogi? Te pytania, i wiele innych, towarzyszą lekturze „Prostych równoległych”. Tytuł ten wydał nam się ciekawy i trafny. Zwróciłyśmy uwagę na scenę wspólnej gry obu skrzypaczek. Wykonują „Scherzo – Tarantellę” Wieniawskiego i Marta, bo to ona głównie jest narratorką w powieści, stwierdza: „poruszamy się po dwóch równoległych, a jednak osobnych, odmiennych torach”. Wcześniej Wacław Bełza, mąż Wandy, powie też: „Ty chcesz ją pchnąć swoją ścieżką, żeby żyła twoim życiem, równoległym, ale lepszym”. Z pewnością Krajewska chce jak najlepiej dla swojej uczennicy. Pytanie jednak, czy Marta wolałaby jednak iść swoją własną drogą. Jaka to będzie droga? Jakich wyborów trzeba będzie dokonać? Jak radzić sobie z poczuciem straty? To kolejne pytania, przed którymi stają bohaterki; to znów temat do ogólnych rozważań dotyczących spraw kariery i rodziny w życiu kobiet. „Proste równoległe” dostarczyły nam wielu ciekawych przeżyć czytelniczych i stały się dobrym tematem do ożywionej dyskusji. Zgodnie polecamy tę powieść. Warto też posłuchać rozmowy Michała Nogasia z Agatą Romaniuk z 23.04.2022 roku w „Książkach. Magazynie do słuchania”. Wiesława Kruszek – Dyskusyjny Klub Książki przy Powiatowej Bibliotece Publicznejw Sieradzu

Była sobie rzeka

Książkę „Była sobie rzeka” można polecić z uwagi na ciekawą fabułę oraz ze względu na fakt, że autorką tej powieści jest brytyjska pisarka Diane Setterfield, która jest specjalistką od powieści historycznej z elementami fantasy, o narodzinach mitu i legendy. Autorka ta stworzyła urzekającą baśń dla dorosłych, w której spotkać można tajemnicę, szlachetnych bohaterów, a także odwieczne starcie dobra ze złem. A wszystko to wśród zwyczajnej społeczności małego miasteczka. Omawiane dzieło zachwyca czytelnika już od pierwszych stron czytania, ponieważ od samego początku opowiada ciekawą historię. Można powiedzieć, że nie jest to jakaś wymyślona fabuła, bo wszystko opiera się na tytułowej rzece i jej rwącym, bądź spokojnym nurcie. Pędząca woda staje się alegorią życia, które w równym stopniu daje i odbiera, skazując bohaterów na cierpienie lub szczęście. „Była sobie rzeka” to najlepszy z możliwych tytuł dla powieści, której tempo zmienia się tak, jak zmienia się nurt rzeki. Jest przewodnikiem dla czytelnika oraz świadkiem wydarzeń, które mają miejsce od momentu pojawienia się w gospodzie Pod Łabędziem pokiereszowanego mężczyzny z nieżywą dziewczynką aż do ostatniej strony, gdy tajemnica, na której osnuta jest powieść, zostaje rozwiązana. Cała historia wydaje się mitem i legendą, a zagłębiając się w nią, czujemy się, jakbyśmy rozwiązywali zagadkę albo układali puzzle. Podsumowując, należy stwierdzić, że Diane Setterfield ponownie stanęła na wysokości zadania i spełniła oczekiwania czytelników. Jest to powieść, którą można polecić przede wszystkim miłośnikom opowieści, lubiącym tajemnicze historie, miłośnikom historii i lubiącym baśniowe klimaty. Ogólnie stwierdzić można, że jest to historia o wspomnieniach, które mają ogromny wpływ na rzeczywistość. Dzieło to zawiesza swoich bohaterów gdzieś między iluzją a prawdą. Podobnie czyni z czytelnikiem, nie pozwalając mu wydostać się z płynącej rzeki słów.