Kategoria: Recenzje

Recenzja książki Krzysztofa Vargi „Czardasz z mangalicą”

Krzysztof Varga w dziewięciu opowieściach przybliża ojczyznę swojego ojca. Pierwsza z opisywanych w drugiej części trylogii węgierskiej wypraw kończy się 30 km od zamierzonego celu (wyjazd do Miszkolca po paprykowaną słoninę z mangalicy) wypadkiem drogowym. Na szczęście ucierpiał tylko samochód, zaś autor w oczekiwaniu na przyjaciół wspomina sznycle z knajpy Wichmanna. W kolejnych opowieściach węgierska kuchnia zajmuje sporo miejsca. Varga zajada się ciężkostrawnymi potrawami z nieodłącznym dodatkiem różnego rodzaju papryki. Podobały nam się ich nazwy, które trudno wymówić, wszak język węgierski należy do rodziny języków ugrofińskich i jest unikalny w Europie. Te porkoloty, hurki, rakott krumple, bundas kenyery, jak to brzmi! Wiele miejsc kojarzy się autorowi ze zjadanymi w tamtejszych restauracjach, barach i knajpach potrawami. Odwiedza miasta, miasteczka, wsie, od Budapesztu, Peczu, Kecskemetu po Szolnok i Nagyerev. Z Andrzejem Stasiukiem postanawiają też „pokłonić się cieniom Danilo Kisa”. Tym razem muszą przekroczyć nieco granicę, bo Szabatka, kiedyś miasto węgierskie, to serbska Subotica. Danilo Kisa uważa Krzysztof Varga „za jednego z największych pisarzy minionego szczęśliwie wieku”, a jego „Ogród, popiół” za „jedną z najpiękniejszych książek, jakie człowiek może w swoim życiu przeczytać”. Podpisuję się pod tym zdaniem; przeczytałam i zachwyciłam się. Podróżując przez Węgry, pisarz przygląda się mijanym pomnikom i cmentarzom, opowiada o przeszłości tego kraju, o nieutulonym wciąż żalu i nostalgii jego mieszkańców za przedtrianońskim państwem. Tu dostrzega podobieństwo do naszego rodzimego „napawania się narodowymi nieszczęściami” i celebrowania klęsk. Niewątpliwie łączy nas ten „historyczno – nostalgiczny narodowy entourage”. Z książki autora „Gulaszu z turula” można dowiedzieć się wiele o historii Węgier, a także o dniu dzisiejszym jego mieszkańców. Barwne opisy miejsc: cmentarza Farkasreti, puszty w Bugac, zamku Batorych, targowisk i placów, kąpieliska w Hajduszoboszlo sprawiają, że można je zobaczyć oczyma wyobraźni. Uwagę zwracają także piękne dygresje autora o literaturze, filmie, obrazach, muzyce. W rozdziale „Nienapisana powieść” pisze Varga o tym, że zaczął powieść rozgrywającą się w Budapeszcie, zamieszcza nawet jej fragment, ale nie dał rady i zrezygnował. Na szczęście okazało się, że nie do końca, bowiem w 2018 roku ukazała się, dla mnie najlepsza, jego powieść „Sonnenberg”. Krzysztof Varga potrafi zajmująco opowiadać, ma świetny zmysł obserwacyjny i charakterystyczny styl; sarkastyczny, ironiczny, czasem i złośliwy. Polecamy jego książki, nie tylko te pokazujące ojczyznę, kraj jego ojca, ale i „matczyznę”, kraj jego matki, który dla niego jest miejscem, gdzie żyje i tworzy. Wiesława Kruszek Dyskusyjny Klub Książki działający przy Powiatowej Bibliotece Publicznej w Sieradzu

Recenzja książki Mariusza Urbanka „Tuwim. Wylękniony bluźnierca”

Mariusz Urbanek przybliża w swojej książce sylwetkę Juliana Tuwima, znanego wszystkim twórcę wspaniałych wierszy dla dorosłych i dla dzieci. Pokazuje jego dzieciństwo i wczesne lata młodzieńcze spędzone w Łodzi, gdy, jak mówiła jego siostra Irena, „rozsadzał jak dynamitem szarość i ubóstwo naszego życia”. Autor pisze o jego psotnym i dość beztroskim usposobieniu, które spowodowało nawet powtarzanie szóstej klasy gimnazjum. Tuwim miał dużo różnych pasji i zainteresowań, co rosło wraz z jego dorastaniem. Urbanek w kolejnych rozdziałach, ciekawie zatytułowanych, często cytatami z utworów autora „Wiosny” czy też z wypowiedzi o nim, wskazuje na rodzący się talent młodego chłopca, który pisał wiersze już w gimnazjum. Ośmielony pochlebną opinią Leopolda Staffa szybko wybrał poetycką drogę, rezygnując ze studiów prawniczych. Książka oddaje atmosferę Warszawy międzywojennej, gdzie zamieszkał twórca „Balu w Operze” wraz ze swą ukochaną żoną Stefanią. Wszystkie klubowiczki podkreślały pasję, z jaką autor biografii nakreślił obraz stolicy odrodzonego państwa polskiego, w której działało mnóstwo kabaretów, teatrów, kawiarni (słynna „Ziemiańska”), wychodziło wiele czasopism; kwitło życie kulturalne i towarzyskie. Tuwim zaś tworzył teksty wierszy, piosenek, skeczów, był „poszukiwaczem osobliwości, badaczem i kolekcjonerem”. Określano go mianem „księcia poetów”. Była jednak i ta bardziej mroczna strona jego życia. Mariusz Urbanek nie pomija jej, pokazuje zmaganie się poety z traumą szpecącego znamienia na twarzy, z agorafobią, wypominanie mu żydowskiego pochodzenia, czy też już po II wojnie światowej współpracy z nową władzą. Zaznacza, że antysemickie nagonki towarzyszyły mu praktycznie przez całe życie. W książce wybrzmiewa mocno problem postawy Juliana Tuwima czującego się przede wszystkim Polakiem, chcącego tworzyć w języku ojczystym, żyć w swej „ojczyźnie polszczyźnie”. Udało mu się uniknąć tragicznego losu wielu Żydów, w porę wyjechał, spędził lata wojny w Brazylii i Stanach Zjednoczonych. Wrócił, bo nie wyobrażał sobie życia poza krajem, chciał tworzyć, pisać dalej swój wspaniały poemat „Kwiaty polskie” rozpoczęty w Brazylii. Józef Wittlin, gdy wysłuchał pierwszych wersów, napisał do Tuwima: „Ty jesteś dowodem na istnienie Boga”. Wielki talent i wszechstronność autora „Lokomotywy” czy „Ptasiego radia” podkreśla Urbanek niemal na każdej stronie, przytacza liczne anegdoty i powiedzenia, pisze „o anonimowym życiu utworów, które jest miarą wielkości pisarza”, zamieszcza fragmenty wierszy i zdjęcia. Czyta się „Wylęknionego bluźniercę” prawie „jednym tchem”, czując jednocześnie potrzebę powrotu do utworów Tuwima i poznania tych jeszcze nieprzeczytanych. Warto też włączyć sobie piękne interpretacje testów w wykonaniu Ewy Demarczyk czy Czesława Niemena. Wiesława Kruszek Dyskusyjny Klub Książki działający przy Powiatowej Bibliotece Publicznej w Sieradzu

Recenzja książki Piotra Oleksego „Wyspy odzyskane. Wolin i nieznany archipelag”

Kilka miesięcy po zakończeniu II wojny światowej wciąż niepewny był los wysp leżących u ujścia Odry do Bałtyku. Dopiero 4 X 1945 roku administracja polska oficjalnie przejęła te tereny z rąk nadzorującej je Armii Czerwonej. O tych trudnych pierwszych miesiącach i latach pisze Piotr Oleksy, historyk i publicysta, który dorastał w Lubinie na wyspie Wolin. W dziesięciu opowieściach kreśli historię zasiedlania „ziem odzyskanych”, podkreślając, że „tu były geografia, krajobraz i przyroda”, i „trudno było oprzeć poczucie regionalnej tożsamości na historii”. Autor pokazuje ciężki los osadników, gehennę zarówno „wypędzanych”, jak i „wypędzonych”. Przybywali tu bowiem ludzie z tzw. Kresów Wschodnich, zastawali nieraz dawnych mieszkańców, którzy jeszcze nie wyjechali lub bardzo nie chcieli opuścić swych ziem. Te tereny były też miejscem ukrycia się, np. żołnierzy z Armii Krajowej, czasem i szpiegów, przykładem Ludwik Kalkstein, osób pragnących zniknąć na jakiś czas. Przybywali tu też ci, którzy chcieli się szybko wzbogacić, niekoniecznie zaś w odpowiedzi na propagandowe agitacje o „spełnieniu powinności dziejowej, którą jest przyłączenie piastowskich ziem do macierzy”. Nie brakowało niestety przykładów bandytyzmu, gwałtów, kradzieży, szabrowania na wielką skalę, poszukiwania „niemieckich skarbów”. Piotr Oleksy przybliża również sylwetki lokalnych działaczy, ludzi, którzy wbrew przeciwnościom pracowali, by oswoić te ziemie, zrozumieć ich specyfikę, nauczyć się „rybaczenia”. Tu pomocni okazywali się Niemcy, którzy zostali i wprowadzali miejscowych w tajniki łowienia ryb czy funkcjonowania urządzeń w zakładach przemysłowych. Pokazuje ofiarność niemieckiego lekarza Alfreda Trosta pomagającego wszystkim, często z narażeniem życia. Pisze o nędzy i biedzie pierwszych powojennych lat, podaje przykłady wspierania się Niemców i Polaków. Są tu także i lata trochę późniejsze; w „Archipelagu urzeczonych” pojawiają się postaci tych, dla których tereny „wysp odzyskanych” stały się „krainą upajania się wolnością”. To barwne i ciekawe sylwetki pisarzy i literatów: Czesława Schabowskiego, Jana Papugi, Ryszarda Dżamana czy Jerzego Porębskiego, autora słynnej szanty „Gdzie ta keja”. Jest i opowieść o Lechosławie Goździku, przywódcy października 1956 roku , o znaczącym tytule „Wasz towarzysz, nasz szyper”. Nie brak dramatycznych czasem, choć jednocześnie i humorystycznych, historii związanych z dalekimi rejsami, „pracą całymi miesiącami na wodzie, przy sieciach, w smrodzie ryb i spalin”. „Historia pięknego miejsca” daje okazję zapoznania się z lokalnymi opowieściami o przeszłości, pojawiają się tu Wikingowie, Słowianie i pogański bóg Trygław, są fragmenty kroniki „Pomerania”. Piotr Oleksy podkreśla, że warto byłoby spojrzeć na te ziemie „jako osobny region i państwo bałtyckie na pograniczu kultur: słowiańskiej, niemieckiej i skandynawskiej”. Sam działa aktywnie na rzecz takiego właśnie spojrzenia, rozwijając platformę Archipelag Pamięci. Jest autorem wielu projektów promujących „wyspy odzyskane”. Książka jest bardzo ciekawa, dzięki niej można dowiedzieć się niezwykle interesujących rzeczy związanych z tym, z pewnością mniej znanym, regionem naszego kraju. Wiesława Kruszek z Dyskusyjnego Klubu Książki działającego przy Powiatowej Bibliotece Publicznej w Sieradzu

Uciekinierka

Akcja opowiadań rozgrywa się powoli, sporo czasu potrzebują bohaterki, żeby zrozumieć to dlaczego doświadczają, tego co je zmieni. Pierwsza z bohaterek opowiadań Carla ucieka z mężem od swojej rodziny, by po czasie zrozumieć że potrzebuje ucieczki od niego samego z czasem zdaje sobie sprawę że nie ma ucieczki i powraca do męża. Kolejna z bohaterek Juliet i nieślubna córka Penelopy, która również ucieka od swej rodzicielki. Robin uwiedziona przez emigranta z Czarnogóry, po latach doświadcza ironii losu, która z jej próby odmiany w życiu uczyniła gorzkie doświadczenie i Nency , która próbuje zrozumieć czy jej przyjaciółka Tessa była jasnowidzką, czy oszustką. Próby charakteru, próby nowych życiowych zmian i zrozumienia samych siebie. „Uciekinierka” to osiem  przejmujących narracji i odkrywaniu własnych uczuć. Autorka pomimo trudnej trudnej i niepokojącej tematyki pisze w prosty i czytelny sposób. Czytając zbiór opowiadań towarzyszymy tym kobietom ambitnym, niejednokrotnie zagubionym które doświadczają iż życie to nieustanna podróż.

A. Munro Uciekinierka

Uciekinierka to kilka opowiadań o kobietach, które doświadczają nieprzewidywalności i poszukiwań życia, jest to zbiór ośmiu narracji opowieści o odkrywaniu własnych uczuć, którymi kierują się w swych poczynaniach z nadzieją, że postępują słusznie. Opowiadania to niekończąca się droga do samozapoznania, odkrywania własnych uczuć i nadziei że ich poczynania są słuszne.

Recenzja powieści Ignacego Karpowicza „Sońka”

„Dawno, dawno temu…”- tak zaczyna się „Sońka” Ignacego Karpowicza dedykowana „dobrym ludziom”. Jej bohaterka spotyka na podlaskim odludziu „miastowego królewicza”, któremu zepsuł się samochód i staje bezradny wobec braku zasięgu telefonicznego. Sonia wie, że to dla niej „anioł śmierci” i będzie mogła opowiedzieć mu swoją historię. Tak oto w jednej z czterech chałup Królowego Stojła zaczyna toczyć się opowieść, głównie o latach II wojny światowej, bo ten czas jest dla bohaterki tym najszczęśliwszym. Dane jej było przeżyć wówczas wielką odwzajemnioną miłość, niestety zakazaną, bo do esesmana. Jak silnie, nawet po wielu latach, tkwi w niej to uczucie, świadczą słowa: „…jak ja tęsknię do wojny! Czemuż się skończyła”. Życie boleśnie ją doświadczyło, matka zmarła w połogu, ona zaś, żyjąc z ojcem i dwoma braćmi, była przez nich poniewierana i bita. Ojciec na dodatek wykorzystywał ją seksualnie. Przez podlaską wieś przetaczały się wojny, z których, jak mówi Sonia, „żadna nie była naszą”. Igor Grycowski, ten „miastowy królewicz”, to znany reżyser teatralny. Słucha historii Sońki i jednocześnie przetwarza ją na spektakl, licząc, że „Królowe Stojło” przyniesie mu sukces. Wraz z opowieścią okaże się też, że łączy go z bohaterką coś więcej niż tylko przypadkowe spotkanie. Igor był wcześniej Ignacym o raczej pospolitym nazwisku Gryka, pochodzi z tych stron, ale ze wstydu zmienił tożsamość i zatarł ślady. Siedzą sobie z Sońką przy mleku i ahładkach z dala od cywilizacji. Kobieta wtrąca do swych wypowiedzi słownictwo białoruskie. Autor dołącza na końcu słowniczek. Zaznacza, że czas, gdy na Podlasiu „istniały dwie rzeczywistości językowe: polska i białoruska nieodwracalnie dobiega końca”. W tej dość krótkiej, ale wielowątkowej, powieści język szczególnie zwraca uwagę, obok słownictwa białoruskiego jest i żydowskie. W przedstawieniu teatralnym odmawiany jest kadisz. Jest tu też wiele bardzo pięknych i mądrych zdań na temat historii, kobiet, wojny, miłości i nienawiści. „Historia jest zawsze przeciwko ludziom, a najbardziej kobietom”. Znajdziemy tu również echo znanych słów Mariana Turskiego o jedenastym przykazaniu: „Nie bądź obojętny”. W „Sońce” brzmi to tak: „Wyciągnij wnioski, bo inaczej zdarzy się znowu to, co już wiele razy na palcach się nie zmieściło”. Toczy się ta piękna i bolesna opowieść o zakazanej miłości, braku wybaczenia i potrzebie odpokutowania za złe czyny. W kulminacyjnym momencie mamy tu nawet dwie symboliczne puste strony. Wspomniana już konwencja baśniowa „pozwala” na zabranie głosu zwierzętom. Są bardzo ważne dla Soni, bo przecież to jej jedyni towarzysze przez długie powojenne lata. Swoje monologi wygłaszają suka Borbus Dwunasta i kot Jozik Pasterz Myszy. Historia Soni wzrusza i przejmuje, przypomina o jednostkowym losie człowieka wobec wojny, o trudnych relacjach ludzi żyjących na terenach przygranicznych. To obowiązkowa lektura, którą jako klubowiczki bardzo polecamy. Wiesława Kruszek Dyskusyjny Klub Książki działający przy Powiatowej Bibliotece Publicznej w Sieradzu

Uparte serce. Biografia Poświatowskiej

Książka posiada bogactwo źródeł, dzięki czemu zyskuje na wartości. Biografia przedstawia życie bohaterki na pełnej petardzie jej krótkie ale wyjątkowo bogate życie, kobiety która próbuje oszukać los  i uciec od przeznaczenia. Ratunku szuka w poezji, od samego początku naznaczonego śmiercią. W młodym wieku umiera, autorka odsłania jej nieznaną twarz zbuntowaną, uparta i jakże nietuzinkową. Książka ta przypadła do gustu czytelnikom i oceniana jest na wysokim poziomie. 

Uparte serce. Biografia Poświatowskiej

Autorka przedstawia biografię znanej poetki, która walczyła o życie ze śmiertelną chorobą. Jej umiłowanie życia spowodowało, że pokonała na krótki okres śmiertelną chorobę i pozostawiła po sobie ogromną ilość cudownych wierszy, które mówią o życiu i śmierci i wielkiej miłości. 

Recenzja powieści Zośki Papużanki „Żaden koniec”

Zośka Papużanka ujawnia się w powieści „Żaden koniec” jako narrator wszystkowiedzący po teatrologii i wyjaśnia, czym jest wodewil. Streszcza „Romans z wodewilu”, umieszcza kuplety, nowinki kryminalne, fragmenty dramatu, krótki wykład o dramacie liturgicznym, oddaje głos łyżeczce, podaje przepis na zupę kminkową, zamieszcza ogłoszenie. Jest zatem różnorodnie gatunkowo, rozdziały są krótkie, nawet bardzo krótkie, czasem jednozdaniowe. Na niektórych stronach pojawia się informacja: „Niczego się nie dowiadujemy”. To tylko drobny przerywnik, bo naprawdę dowiadujemy się całkiem sporo o pewnej rodzinie. Musimy tę wiedzę sobie poukładać, autorka nie dba bowiem o chronologię zdarzeń. Zaczyna od śmierci głównej bohaterki, babci Krystyny, a potem swobodnie wędruje przez jej życie, dwójki dzieci i wnuków. A jak to w rodzinie, nie wszystkie elementy pasują do siebie, czasem, jak pisze Papużanka na początku powieści, zapodzieje się gdzieś jakiś element, jak to ma miejsce w układaniu puzzli. Chcielibyśmy, aby było ładnie, miło, czule: „…uroczystości, prezenty świąteczne, rodzina z rodziną o rodzinie, wszystko bujdy na kiju, bzdury”. Krystyna traci pełną rodzinę w wieku pięciu lat, gdy umiera jej matka, potem wcześnie zostaje wydana za dużo starszego od niej męża zmarłej siostry. Pojawiają się dzieci, Marta i Marek, potem zięć i synowa, dwójka wnuków, dla których babcia to raczej obcy człowiek. „Celebryci kuzynobycia”, jak ich nazywa autorka, podkreślają brak więzi rodzinnych i dziwactwa babci, która często testuje granice wytrzymałości członków swej rodziny. Relacje rodzinne to częsty temat w literaturze, Zośka Papużanka podjęła go już w debiutanckiej „Szopce” czy później w „Kąkolu”. Wydawać by się mogło, że trudno tu napisać coś nowego, odkrywczego, ale przecież literatura wciąż podejmuje w zasadzie te same tematy, chodzi tylko o sposób opowiadania. W tym zaś autorka „Przez” jest świetna. Potrafi wciąż zaskakiwać czytelnika. Pisanie, jak przyznaje w rozmowie z Weroniką Wawrzkowicz, to dla niej wielka frajda. Tym samym staje się lektura jej powieści dla czytelników. Nie sposób się nudzić, gdy trzeba przekierowywać uwagę z bieżących zdarzeń na zagadnienia gramatyczne, np. użycie form nieosobowych czasownika czy jego strony biernej. Tu hospicjum to „specjalny zakład oczekiwania pobożnej śmierci”, a prowadzą go zakonnice o wyszukanych imionach, np. Geriatria, Apoteoza, Euforia, Illokucja, Ariergarda. Wiele tu zdań, które chciałoby się zapamiętać i cytować; trafnych, zabawnych, prawdziwych; o życiu, śmierci, rodzinie, pisaniu. Podczas naszego spotkania dużo fragmentów zostało odczytanych, podziwiałyśmy skojarzenia autorki z bajką o Czerwonym Kapturku, z wierszem „Jadą dzieci, jadą”. Papużanka napisała kolejną świetną książkę, która przykuwa uwagę piękną okładką, gwarantuje dobrą zabawę, a także długie chwile zadumy i refleksji. Wiesława Kruszek Dyskusyjny Klub Książki działający przy Powiatowej Bibliotece Publicznej w Sieradzu

Recenzja książki Tove Ditlevsen „Trylogia kopenhaska”

Tove Ditlevsen, duńska poetka i pisarka, w „Trylogii kopenhaskiej” prowadzi czytelnika przez trzy ważne etapy swego życia – dzieciństwo, młodość, uzależnienie. Szczerze i otwarcie pisze o dorastaniu w robotniczej dzielnicy Vesterbro w Kopenhadze. Oczyma mądrej (umiała czytać i pisać w wieku 6 lat) i wrażliwej dziewczynki patrzymy na jej raczej ubogie dzieciństwo. Ojciec był często bezrobotny, starszy brat terminował u lakiernika, a matka to dość dziwna i trudna osoba; relację z nią określa autorka jako „intensywną, bolesną i rozedrganą”. O dzieciństwie pisze też jako „o długiej i wąskiej trumnie, z której nie można się wydostać samodzielnie”. Wierzy, że drogą do tego może być pisanie, choć ojciec tamuje jej zamiary, twierdząc, że „dziewczyna nie może zostać pisarką”. Awans społeczny w czasach, w których dorasta Tove ( urodzona w 1917 roku), jest bardzo utrudniony. Po ukończeniu szkoły dziewczyna nie ma szans na dalszą naukę w liceum. Jest w niej jednak silna wiara, że uda jej się wydostać z „cienkiego i płaskiego, papierowego dzieciństwa” i osiągnąć sukces. Z tą nadzieją podejmuje swą pierwszą pracę w wieku 15 lat. Poznajemy jej kolejne zmagania zawodowe, aż wreszcie przychodzi wymarzony debiut. Zbiega się on w czasie z wybuchem II wojny światowej. Trzeba zauważyć, że ten temat nie jest w książce zbytnio eksponowany; zarysowany zaledwie kilkoma kreskami, podsumowany słowami: „nasza młodość przeminęła wraz z okupacją”. Młoda poetka i pisarka w swym już prawie dorosłym życiu zaczyna szukać miłości, tak chyba można by określić dość burzliwe losy jej małżeństw i zdrad. Znajdziemy się zatem w trzeciej części trylogii, najbardziej trudnej i bolesnej. Zakończy się ona niejednoznacznie; z nadzieją, ale i z nutą niepokoju. Nie znam twórczości Tove Ditlevsen, podobnie i inne klubowiczki. Jej raczej przygnębiająca autobiografia chyba za bardzo nie skłoniła nas, by w przyszłości zapoznać się z nią. Sama opowieść o jej życiu zainteresowała jednak wszystkich. Dała szansę przyjrzenia się drodze życiowej dziewcząt z biednych duńskich rodzin w latach po I wojnie światowej. Pokazała, że warto walczyć o zmianę swego losu i wierzyć w sukces. Autorka buntuje się przeciwko roli, jaką standardowo przypisywało się kobiecie w jej czasach. Dziś też, mimo pozytywnych zmian, wciąż jest w tym temacie wiele do zrobienia. Podkreślić należy odwagę, z jaką Ditlevsen pisze o najbardziej intymnych sprawach swego życia, i dziś niektórych może to trochę szokować. Warto jednakże wczytać się w tę smutną opowieść, w której nie brak i bardziej optymistycznych fragmentów. Autorka może cieszyć się spotkaniami w gronie Klubu Młodych Artystów, towarzyszymy jej w radosnych chwilach ukazania się debiutanckiego wiersza na łamach czasopisma „Vild Hvede” i pierwszego tomiku wierszy, wspieramy, gdy wierzy, że skutecznie przeciwstawi się tym momentom, gdy „rzeczywistość będzie stawała się jak ziarenko piasku drażniące oko”. Wiesława Kruszek Dyskusyjny Klub Książki działający przy Powiatowej Bibliotece Publicznej w Sieradzu