Kategoria: Recenzje

Guillaume Musso – Uratuj mnie

Powieść Guillaume Musso „Uratuj mnie” idealnie wpisuje się w wyjątkowy klimat Nowego Jorku, gdzie bogactwo i rozrzutność zderzają się z ubóstwem i osamotnieniem. Autor serwuje cały wachlarz niesamowitych wydarzeń. Młoda francuska aktorka i przystojny lekarz poznają się w dość nietypowych okolicznościach. Juliette bez szwanku wychodzi z wypadku do którego doprowadza Sam. Wystarczyło kilkanaście minut niezobowiązującej rozmowy, aby tych dwoje zakochało się w sobie bez pamięci. Bojąc się zaangażować, każde udaje kogoś, kim nie jest i nie zaradza się ze swoim uczuciem. Mimo to, Juliette postanawia nie wracać z powrotem do Francji. I okazuje się, że ta decyzja ratuje jej życie, ponieważ samolot ulega katastrofie. Przerażony Sam dowiaduje się o tragedii z telewizji, a następnego dnia od spotkanej w parku, tajemniczej kobiety, uzyskuje informację, że Juliette żyje. Kobieta okazuje się być zesłanym na ziemię duchem nieżyjącej policjantki Grace Costello, która ma w drodze powrotnej zabrać Juliette ze sobą. Okazuje się, że śmierć w katastrofie lotniczej była jej przeznaczeniem, a od niego nie ma przecież ucieczki. Sam Galloway musi zrobić wszystko, żeby Juliette została wśród żywych. Ponieważ w fabułę zamieszane zostają duchy, dilerzy narkotyków, zamachowcy, policjanci i zbuntowana nastolatka, czytając powieść, jesteśmy przekonani, że Sam i Juliette nigdy nie będą razem. Autor szykuje jednak niespodziankę. Książka daje daje wyjątkową okazję, by razem z bohaterami „Uratuj mnie” wędrować po Manhattanie, zapuszczać się do zakazanych dzielnic, odwiedzać kafejki i restauracje. G. Musso doskonale oddaje atmosferę wielkiego miasta, w którym więcej jest ludzi samotnych niż zakochanych.

Jodi Picoult – Dziewiętnaście minut

„Dziewiętnaście  minut” Jodi Picoult na pierwszy rzut oka może wydawać się typowo amerykańską książką, jednak po wczytaniu się, czytelnik zrozumie, że autorka porusza tematykę problemów uniwersalnych. Gdy siedemnastoletni chłopak wyrusza do szkoły z bronią w plecaku, w dosłownie parę minut życie mieszkańców sielankowego Sterling zamienia się w koszmar. Peter, który już od czasów przedszkolnych jest ofiarą regularnych upokorzeń ze strony rówieśników, pozostawiony sam sobie, żyjący w ciągłym strachu przed kolejną falą podłości, sięga po broń i zaczyna strzelać do ludzi. J. Picoult nie boi się kontrowersyjnych tematów. Obiektywnie i uczciwie pokazuje rację każdej ze stron. Choć prawdą jest, że Peter dopuścił się czynu niewybaczalnego i łatwo nazwać go mordercą, to z drugiej strony można rzec, że to nie broń, lecz człowiek dokonuje zniszczenia. Autorka sama nie ocenia, nie opowiada się po żadnej ze stron. Refleksję i osobistą ocenę pozostawia czytelnikowi. Jodi Picoult w przejmujący sposób ukazuje również dramat rodziców chłopca w chwili, gdy cały świat określa Petera mianem potwora. Matka, będąca położną, dręczy się pytaniami, czy naprawdę aż tak źle wychowała chłopca. Natomiast ojciec, który nauczył go posługiwania się bronią, nie mógł przewidzieć, że chłopiec wykorzysta swoje umiejętności w tak okrutny sposób. Czytelnik do samego końca nie może przewidzieć jak zakończy się ta historia. Rozwiązanie, na jakie zdecydowała się pisarka, jest zaskakujące, ale i w pełni satysfakcjonujące. Mimo, iż oczywistym jest, że Peter musi ponieść karę, to z drugiej strony wydaje się to też w pewnym sensie niesprawiedliwe. Książka z pewnością na długo pozostanie w pamięci czytelników.

Recenzja książki „Ja nie jestem Miriam”

Majgull Axelsson zaliczam do moich ulubionych pisarek. Jej książki podejmują trudne tematy i są bolesne. Autorka uważa, że „szkoda czasu na pisanie o rzeczach, które nie są ważne. Z kolei sprawy ważne zwykle są w jakiś sposób bolesne”. Zatem trzeba się przygotować na to, że lektura jej powieści nie będzie relaksująca. Trzeba będzie się zmierzyć ze smutkiem, lękiem, czasem nawet rozpaczą, które są udziałem stworzonych przez nią bohaterów. Te uczucia przechodzą i na czytelnika. Pamiętam dojmujący smutek, który czuliśmy, omawiając w naszym DKK „Dom Augusty”. W przypadku „Ja nie jestem Miriam” nasze odczucia są jeszcze silniejsze, tematyka bowiem dotyczy II wojny światowej, obozów w Auschwitz i Ravensbruck, ukrywania przez główną bohaterkę swej romskiej tożsamości. Jak zwykle u Axelsson zaburzona jest chronologia zdarzeń. Poznajemy najpierw osiemdziesięciopięcioletnią Miriam Adolfsson w dniu jej urodzin, rodzina daje jej w prezencie romską bransoletkę. Zaczynają powracać wspomnienia, przeplatają się one jednak ze współczesnością. Miriam cofa się w czasie o sześćdziesiąt osiem, a może i więcej lat, gdy była Maliką, miała braciszka Didiego, kuzynkę Anuszę, ojca, dziadka, rodzinę. Pewnego dnia wszystko to runie, skończy się beztroski czas dzieciństwa. Nadejdzie wojenna, obozowa rzeczywistość, trudne do wyobrażenia dni głodu, strachu, upokorzenia. Malika stanie się Miriam Goldberg i nie zrezygnuje nigdy ze swej nowej żydowskiej tożsamości. Po wojnie trafi do Szwecji i tam, po zajściach ulicznych w miasteczku Jonkoping, upewni się, że nie powinna nikomu zdradzić, że jest Cyganką, nawet najbliższym. Wie, że mogłaby być wtedy odtrącona, a pragnie przede wszystkim zachować to spokojne, dobre życie, które prowadzi u boku męża Olofa, syna Thomasa i jego rodziny. Stopniowo poznajemy obozowe przeżycia bohaterki i jej losy po dostaniu się do Szwecji. Straszne doświadczenia w Auschwitz i Ravensbruck są nieco łagodzone przez opisy wspierania się przez więźniarki. Zapadają w pamięci  obrazy dzielenia się jednym jabłkiem,  rozmowy o przyszłości, pomoc w najcięższych chwilach. Piękna postać Else opiekującej się Miriam jak własną córką pozwala wierzyć, że i w tych nieludzkich czasach można było zachować człowieczeństwo. W Szwecji Miriam też spotka ludzi, którzy pozwolą jej uwierzyć w przyszłość. Najpierw będzie to Hanna, potem Olof i  jego maleńki synek, dla którego stanie się mamą. Gdy Thomas założy rodzinę, Miriam zyska jeszcze synową Katarinę, wnuczkę Camillę, pojawi się też mały Sixten. Osiemdziesięciopięcioletnia Miriam pozwoli sobie wreszcie na szczerość, to wnuczce będzie mogła opowiedzieć o swoim życiu, o obozach. Camilla wysłucha jej, zada pytania, będzie dociekliwa. Jako przedstawicielka młodego pokolenia nie jest obciążona wojenną pamięcią. Długi spacer po parku będzie dla nich obu bardzo ważny, na pewno wzmocni ich wzajemne uczucia. Powieść Axelsson, mimo że trudna i bolesna, niesie i optymistyczne przesłanie. Miriam spotka ludzi, którzy ją pokochają, a  ona uwierzy w tę miłość i odwzajemni ją. Będzie bronić swojego nowego życia, bo dla niej jest ono rajem. Książka „Ja nie jestem Miriam” Majgull Axelsson, autorki, która „nie potrafi pisać tylko dla zabawy”, jest piękna i poruszająca, skłania do wielu przemyśleń. Co ciekawe, znalazły się tu polskie akcenty; wśród więźniarek w Ravensbruck było wiele Polek, niektóre też trafiły do Szwecji razem z Miriam. Z kolei jednym z utworów rozpoczynających każdy rozdział jest wiersz Bronisławy Wajs – Papuszy. Gorąco polecam książki Majgull Axelsson. Wiesława Kruszek, DKK przy PBP w Sieradzu

Majgull Axelsson- Pępowina

Majgull Axelsson w książce pt. „ Pępowina” przedstawia czytelnikowi różne ciekawe postacie kobiet jako jedne z nielicznych potrafi je wyszczególnić oraz pokazać ich wewnętrzne życie. Autor zaskakuje nas swoją fabuła uzmysławia czytelnikowi jak wielki mamy wpływ na własne życie  oraz jak duże znaczenie  ma los człowieka. Axelsson zaprasza nas w piękne miasteczko szwedzkie lecz tam niespodziewanie zrywa się sztorm i nadciąga straszna powódź przedstawia  pewną grupę osób, która wobec tego kataklizmu znajduje schronienie w pewnej restauracji. Tam ci ludzie odkrywają niebezpieczeństwo  są schwytani w pułapkę coraz rozpaczliwiej wypatrują ratunku. Tam w restauracji i rodzinie dowiadują się mrocznej przeszłości, która swe piętno niesie do czasów w jakim są obecnie. Pokazuje nam jak głęboko mogą tkwić i ranić rany zadane z czasów dzieciństwa dotyka spraw najboleśniejszych pisze o śmierci, o tym że dzieci obarczane ciężarem ponad miarę nie chcą żyć. Opowiedziana też pewna historia o miłości stanowi dowód na to, że nadmiar miłości może być równie katastrofalny w skutkach jak jej brak. Autor przekazuje pewną płętę, że nie za wszelką cenę powinno się wychowywać swoje dzieci jak się samemu zostało wychowanym czasami trzeba odpuścić i sprawić aby los sam zadecydował i dzieci wzięły sprawy we własne ręce.

I. Matuszkiewicz- Przerwana podróż

Irena Matuszkiewicz w powieści pt. „ Przerwana podróż” zapoznaje nas ze swoimi bohaterami wprowadza w ich problemy przemyślenia jak również ich codzienne życie. Książka podzielona jest na dwie części w pierwszej poznajemy relację dwojga ludzi, żeby było ciekawiej ludzi obcych sobie które pod wpływem kilku wydarzeń życiowych spotykają się w przestrzeni i rozmawiają ze sobą. Ci ludzie nie znając się mają wspólną nić porozumienia wiążą ich sprawy z życia. Relacje te się pogłębiają , autorka przedstawia czytelnikowi główną bohaterkę której nadaje cechy osoby szanowanej i lubianej  przedstawia ją nam jako architekta i to właśnie jej osobie poświęca najwięcej uwagi. Kobieta ta oprócz swoich zawodowych obowiązków poświęca się pewnej staruszce  i właśnie za sprawą staruszki coś się wydarzyło ponieważ się spóźniła. Kolejna z bohaterek to Monika autorka nadaje jej cechy osoby zagubionej życiowo związanej z człowiekiem prowadzącym hulaszczy tryb życia kobieta kocha Szczepana bezgranicznie jest w stanie tkwić w tym ze Szczepanem który wśród otoczenia nie cieszy się nienaganną opinią. Autorka przedstawia jeszcze kilkoro bohaterów postać Zofii która również odgrywa w powieści znaczącą rolę ponieważ zajmuje się wychowaniem swojej chrześnicy Moniki chce bowiem dla niej jak najlepiej chce wyrwać ją ze toksycznego dla niej związku jednakże nie udaje się jej to z takich względów że Monika bezgranicznie kocha Szczepana i chce tkwić w tym świecie. Ma ona żal do swej ciotki i uważa ją za dewotkę i osobę zbytnio przesądną . Poznajemy drugoplanowa postać którą jest Michał i jego dziewczyna.  Tych kilkoro bohaterów nic z pozoru nie łączy , nie znają się nie mają wspólnych zainteresowań i nie wiedzą nic o sobie. Jedynym wspólnym elementem dzięki któremu mogli się do siebie zbliżyć jest fakt, iż znaleźli się o jednej godzinie w jednakowym miejscu jakim był przestanek autobusowy.. Wszystko zmienia się podczas wypadku w którym ciężko ranna zostaje główna bohaterka Antonina trafiając do szpitala poznaje przyjaciół i to w tym miejscu zostaje przekonana że są ludzie dobrego serca i ma wielu przyjaciół.

Aleksander Kaczorowski Hrabal- Słodka apokalipsa

Aleksander Kaczorowski „ Hrabal – Słodka Apokalipsa” Bohumił Hrabal jeden z najwybitniejszych pisarzy czeskich. Ukończył studia prawnicze na Uniwersytecie w Pradze, ale pracował fizycznie. W okresie wojny jako magazynier, robotnik kolejowy czy dyżurny ruchu na kolei, po wojnie jako agent ubezpieczeniowy, a następnie jako komiwojażer. W 1949 r. zgłasza się do pracy w hucie Poldi w Kladnie, 1954 r. rozpoczyna pracę jako pakowacz makulatury, dopiero 1962r. zostaje zarejestrowanym pisarzem ( naprawia wolny zawód). 1997 r wypada z okna na piątym piętrze szpitala na Bulovce. Życiowe doświadczenia związane z pracą , obcowanie z bywalcami knajpy, wydarzenia historyczne znajdują swoje odzwierciedlenie w utworach Hrabala. Sławę zyskuje w późnym wieku, głównie na Zachodzie Europy i w Stanach Zjednoczonych. Najsłynniejsze dzieła Hrabala m.in. to „ Pociąg pod specjalnym nadzorem”, „ Obsługiwałem angielskiego króla”, „ Czuły Barbarzyńca”, „ Perełka na dnie”. Całe życie Hrabala jest pełne niejasności. Prawda miesza się z nieprawdą. Aleksander Kaczorowski plastycznie przedstawia losy pisarza wnikliwie prezentując rozwój twórczość Hrabal. W tle pojawiają się wątki historyczne(II wojna światowa, Praska Wiosna, Polska w czasach rządów Gomułki) Kaczorowski rekonstruuje biografię pisarza w oparciu o jego twórczość. W książce przytaczane są fragmenty utworów wywiady z przyjaciółmi Hrabala, wspomnienia jego znajomych a także cytaty samego Hrabala. Książka napisana w sposób bardzo oryginalny. W barwny sposób przedstawia życie i twórczość Bohumila Hrabala.

Recenzja książki „Skucha” Jacka Hugo-Badera

„Skucha” Jacka Hugo – Badera to opowieść o ludziach, którzy działali w „ Solidarności”, konspirowali, walczyli o wolną Polskę. Autor, nawiązując do znanej powieści Romana Bratnego, nazywa ich Kolumbami rocznik 50, choć znalazł się tu i autentyczny Kolumb z rocznika 20 Mietek Kobylecki. Książka jest głównie zapisem rozmów odbytych z tymi, których Hugo – Bader poznał osobiście w tamtych „partyzanckich” latach, sam bowiem też brał udział w konspiracji. „Skucha” długo się rodziła, powstawała 22 lata, były problemy z wydaniem, kilka miesięcy wstrzymywano ukazanie się jej. Myślę, że pewien chaos kompozycyjny może być tu w pełni uzasadniony tymi problemami i dobrze współgra z poruszanymi zagadnieniami, mnie, a i pozostałym klubowiczom, nie przeszkadzał w lekturze, bolesnej – trzeba to przyznać. Sam autor w jednym z wywiadów mówi, że ta książka musi boleć. Tu zresztą przypominają mi się słowa jednej z moich ulubionych autorek Majgull Axelsson, że „sprawy ważne zwykle są w jakiś sposób bolesne”. Czyta się więc trochę ze ściśniętym sercem o wojennych i rodzinnych traumach bohaterów i ich bliskich. Niezwykle szczere są tu opowieści Michała Boniego, Macieja Zalewskiego czy Marka (Ewy) Hołuszko. Smutne i gorzkie są rozdziały wypełnione pretensjami do tych, którzy potrafili się lepiej ustawić w wolnej Polsce. Niektórzy z tych przegranych stali się pieniaczami, dalej walcząc, szukając kolejnego wroga. Nie brak jednak i pięknych przykładów ludzi spełnionych i zadowolonych. Ryszard Satel działający we Wspólnocie Chleb Życia mówi: „nie żałuję ani jednego dnia w swoim życiu”. Tomasz Dangel stworzył Warszawskie Hospicjum dla Dzieci i przyznaje, że „stara się łączyć grecką tradycję kształtowania charakteru z chrześcijańską koncepcją ascezy, a więc z dyscypliną, wyrzeczeniem i rozwojem duchowym”. Skucha to słowo oznaczające błąd, niepowodzenie, zwłaszcza w jakiejś grze czy zabawie. Bohaterowie tej książki używają go czasem, ale mimo iż taki jest jej tytuł, na pewno nie wynika z niego, że ich działalność można by takim mianem określić. Była ważna i potrzebna, to oni, jak pisze Hugo – Bader „wywalczyli ten kraj”. Zgodnie, w gronie naszego DKK, uznaliśmy „Skuchę” za bardzo prawdziwą i wartościową lekturę. Wiesława Kruszek z Dyskusyjnego Klubu Książki działającego przy Powiatowej Bibliotece Publicznej w Sieradzu

Recenzja książki „Zaskoczony radością” C. S. Lewisa

Clive Staples Lewis jest znany głównie jako autor „Opowieści z Narnii”. Pozostawił też po sobie wiele prac na temat literatury średniowiecznej, dzieł krytycznoliterackich oraz z zakresu apologetyki chrześcijańskiej. „Zaskoczony radością” ma dopisek „moje wczesne lata” i jak autor zaznacza w przedmowie: ”Książka została napisana po części jako odpowiedź na prośby, bym opowiedział, jak z ateisty stałem się chrześcijaninem…” Tak naprawdę ten temat dominuje w dwóch końcowych rozdziałach, wcześniej mamy bardzo ciekawą opowieść o dzieciństwie i młodości Lewisa. Pokazuje on swoją rodzinę, ojca, matkę, która zmarła, gdy miał 10 lat, brata, z którym tworzył wyimaginowaną krainę Boxen. Obdarzony ogromną wyobraźnią chłopiec nie czuł się dobrze w angielskich szkołach prywatnych. Lewis z perspektywy dorosłego opisuje te placówki, nie szczędząc krytyki. Rozdział przedstawiający pierwszą z nich nosi tytuł „Obóz koncentracyjny”. Jednocześnie docenia to, czego mógł się w nich nauczyć. Z sympatią wspomina niektórych nauczycieli i kolegów. Wiele miejsca w jego książce zajmują lektury czytane w dzieciństwie i młodości, jest ich bardzo dużo, autor najlepiej się czuł, czytając, chowając się w bibliotece. Pisze o „złotych godzinach spędzanych na czytaniu”. Nie był zwolennikiem grupowych gier sportowych, a sukcesy na tym polu decydowały często o awansie do szkolnych Gwardzistów. Nie czuł się jednak z tego powodu gorszy, co najwyżej narażony był czasem na drobne szykany ze strony kolegów. Dylematy wieku dziecięcego i młodzieńczego są też u Lewisa związane z problemami wiary. Początkowa żarliwość w modlitwie, wiara w uzdrowienie matki, strach o zbawienie zaczynają ustępować. Rozpoczynasię okres fascynacji mitologią nordycką, celtycką i grecką, rośnie zainteresowanie teozofią i spirytualizmem. Prowadzi to do utraty wiary, choć jednocześnie pojawia się niekiedy chęć doświadczenia „niezaspokojonego pragnienia, które samo w sobie było godniejsze pożądania niż cokolwiek, co mogłoby je zaspokoić”. Ten stan nazwany przez autora Radością objawi się w pełni, gdy „Bóg dopadnie Lewisa”. Pisze o tym jednak bez patosu, w sposób wyważony i głęboki, w prostych słowach: „Uznałem, że Bóg jest Bogiem, padłem na kolana i zacząłem się modlić”. „Zaskoczony radością” to piękna i mądra lektura, to książka, którą mogę określić mianem ubogacającej. Czytając, miałam wrażenie uczestnictwa w rozmyślaniach i rozterkach autora, wierzyłam w szczerość jego wyznań. Podziwiałam jego literackie i muzyczne zainteresowania, fascynację Wagnerem, mądre refleksje na temat czytanych lektur. Książka C.S.Lewisa  może pozwolić samemu doświadczyć „Radości”, nie ma w niej żadnej gotowej recepty na to, jak żyć, jak odnaleźć wiarę. To raczej błądzenie, poszukiwanie drogowskazów, dokonywanie wyborów. Gorąco polecam „Zaskoczonego radością”. Wiesława Kruszek, DKK przy PBP w Sieradzu

Usagi Yojimbo

Usagi to cykl komiksów o króliku samuraju (podobnie jak u kaczek – niby zwierzaki, ale jednak ludzie – antropomorfizacja), samotnym „mieczu do wynajęcia”, wędrującym po Japonii w bardzo ciekawym okresie historycznym. Dbałość o szczegóły, zarówno historyczne czy socjologiczne nie powoduje u czytelnika znużenia podczas lektury. Przeciwnie, zachęca go do własnych poszukiwań. Usagi jest komiksem zachodnim. Przy całej strukturze tła osadzonego w japońskich realiach, sposób narracji, jak i nawiązania czy mrugnięcia do czytelnika mieszczą się w kanonach naszej tradycji (mamy i Godzillę, i żółwie ninja, nie mówiąc o sposobie konstruowania akcji, który przypomina filmy „karate” z lat 80. ubiegłego wieku). Popkultura w pełnej krasie, a jednocześnie interesujący komiks. Jeden z tych, który wywołuje uśmiech na twarzy, wciąga jak bagno i powoduje reakcje w stylu: kurde, jakie to dobre!

Królewska konna

Po przymiarkach z kontynuacjami doczekaliśmy się pełnego albumu pod nazwą Królewska konna. Rysował Kiełbus a scenarzystą był Kur. Zanim zacznę krytykować, czas napisać kilka słów o fabule. Fabuła jest iście christowska: mamy klasyczny motyw wędrówki z wykorzystaniem magicznych gadżetów tudzież artefaktów, obowiązkowo pojawiają się Zbójcerze, którzy tradycyjnie przeszkadzają i parę głównych bohaterów, którzy wchodzą w interakcje (takie mądre słowo) z kasztelanem, Lubawą, Łamignatem, Jagą i postacią wokół której kręci się intryga – Salwą, kuzynką Mirmiła (trzeba to podkreślić!). Salwa skrywa również tajemnicę a atmosfera się zagęszcza, gdy Kokosz chce wstąpić do elitarnej jednostki i… pojawia się Czarny Kaptur, złowrogi typ, który… [spoiler alert]. Opowieść jest bardzo fajna, szybko i przyjemnie się czyta. Mamy masę nawiązań, nie tylko dla starych fanów historii Christy! Pojawiają się aluzje do naszej rzeczywistości i mrugnięcia okiem do czytelnika, nie mówiąc o jednej historycznej z przyśpiewką. Wszystko to sprawia, że akcja nie zwalnia. Nie ma przegadanych kadrów. Wszyscy którzy pamiętają Kajka i Kokosza, po lekturze stwierdzą, że to bardzo dobry album. Jednocześnie oddający ducha oryginałów, jak i wnoszący sporo nowych rzeczy.